Do obejrzenia
Public Enemies (
Wrogowie Publiczni) zabierałem się długo. Teraz już wiem dlaczego. Mimo, że film należy do gatunku gangsterskiego, za którym wręcz przepadam, to jednak nie przypadł mi do gustu. Dlaczego? A bo ja to wiem? To chyba pierwszy w ogóle od bardzo długiego czasu, który oglądałem na raty. Po pierwszej połowie zmęczenie wygrało, ale to nie przez nie. Wydaje mi się, że gdyby film potrafił przykuć moją uwagę, obejrzałbym go do końca. Tak się jednak nie stało. W zasadzie od samego początku nie bardzo wiedziałem o co tam chodzi. Ot, jest jakaś grupa gangsterów, podobno nawet groźnych. Napadają na banki, są nieuchwytni (oczywiście dzięki odpowiednim wpływom w organach ścigania) i w końcu siada na nich FBI.

Postacie może i fajne (w tym John Dillinger grany przez Deppa), miejsce i czas akcji też OK. Myślałem, że po prostu może nie przepadam za oldschoolową gangsterką, ale przecież
American Gangster mi się bardzo podobał :/ Chociaż to było trochę później... Widocznie to ta granica ;) Od strony fabularnej nawet nie mam za bardzo o czym opowiadać - w zasadzie nie załapałem
co miał na myśli reżyser. Całość bardziej niż jak film akcji, odebrałem jak film biograficzny, którego to gatunku pasjonatem również nie jestem. No cóż. Słabiutko.
* * *