The Last House on the Left - długi tytuł.
Ostatni dom po lewej to remake filmu pod tym samym tytułem, zrobionego w 1972 roku. I to remake udany, z czym nie mamy do czynienia zbyt często. Obraz promowany hasłem "Jeśli źli ludzie skrzywdzą kogoś kogo kochasz, jak daleko posuniesz się by się zemścić?" jest mroczny, brutalny i trzyma w napięciu do końca. Szczerze mówiąc, póki nie obejrzałem
Irreversible, o którym napiszę w kolejnym poście, myślałem że przedstawiona tutaj leśna scena gwałtu jest brutalna. No, ale o tym nie teraz.
Mari, uzdolniona, młoda pływaczka, przyjeżdża razem z rodzicami na wakacje, do domku letniskowego nad jeziorem. Przyjeżdżają tu już od wielu lat, ale tym razem wakacje zapamiętają na długo. Pierwszego dnia Mari odwiedza starą przyjaciółkę Paige. Pracuje ona w miejscowym sklepie. Tam też dziewczyny poznają Justina, który zaprasza je do siebie na wypróbowania "naprawdę świetnego towaru". W czasie degustacji do motelowego pokoju wraca ojciec Justina, jego wujek i ich towarzyszka. Tak się składa, że kilka godzin wcześniej tatuś dał nogę z transportu więziennego, w czym pomogła mu dwójka jego oddanych przyjaciół. Szalona rodzinka porywa Mari i Paige. Dziewczyny próbują w międzyczasie dać nogę, jednak kończy się to tragicznie.

Paige zostaje zadźgana, a Mari brutalnie pobita i zgwałcona. W końcu udaje jej się jednak ucieczka w czasie której na dodatek zostaje postrzelona. Płynąc wpław przez jezioro (powoli, jak na postrzeloną przystało) Mari dociera do swojego domu, w którym kilka godzin wcześniej schronili się przed burzą napastnicy. W tym czasie śpią już oni w domku dla gości. Justin, który od początku gorzko żałował tego, że sprowadził na swoje nowe przyjaciółki tak okrutny los, potajemnie wsypuje bandziorów przed gospodarzami, a Ci z kolei postanawiają się zemścić, i to w dość okrutny sposób.
Jest mocno, brutalnie i momentami krwawo. Film ogląda się przyjemnie, bez nudy i czasem można odnieść nawet wrażenie, że to horror, nie thriller/dramat. Dodatkowym atutem jest genialna ścieżka dźwiękowa, autorstwa jednego z moich ulubionych kompozytorów, Johna Murphy'ego. Polecam :) Cztery i pół.
* * * *