czwartek, 31 grudnia 2009

Fight Club

Główny bohater Podziemnego kręgu (Edward Norton) jest pracownikiem dużej korporacji. Żyje sam, dobrze zarabia, ma wszystko o czym tylko zamarzy, a jednak nie znajduje szczęścia w życiu. Od pół roku cierpi na bezsenność. Za radą lekarza udaje się na spotkanie mężczyzn z rakiem prostaty, gdzie dopiero dostrzega co to znaczy mieć w życiu ciężko. Spotkania zaczynają mu się podobać, sypia po nich dobrze. Zaczyna uczęszczać do coraz większej ilości grup i po jakimś czasie zauważa, że nie tylko jemu oglądanie cudzej krzywdy przynosi ulgę.


Podczas jednego ze służbowych lotów poznaje Tylera Durdena (Brad Pitt), sprzedawcę wysokiej klasy mydła o bardzo specyficznym pochodzeniu. Znajdują wspólny język. Po powrocie do domu okazuje się, że mieszkanie naszego bezimiennego bohatera w podejrzanych okolicznościach wyleciało w powietrze. Postać grana przez Nortona znajduje schronienie u Tylera. Podczas jednego z barowych posiedzeń między mężczyznami dochodzi do bijatyki. Okrywają jednak, że przynosi im to przyjemność i organizują w piwnicy baru tajemny klub walki, do którego wstępuje coraz więcej nowych członków. Grupa z czasem przeobraża się w ogólnokrajową bojówkę o charakterze zbrojnym. Aż pewnego dnia Tyler znika.

I wtedy właśnie fabuła zakręca i można się na moment zgubić. Fight Club to przewrotna historia z elementami schizofrenicznymi. Główny bohater nie ma imienia nie bez powodu. Świetny scenariusz, genialne postaci i zaskakująca końcówka. Tylko ta ostatnia scena i efekty specjalne sprzed 10 lat... I tak warto zobaczyć. 4,7 jak nic.

* * * * *

There Will Be Blood

Aż poleje się krew - kolejny seans zainspirowany produkcjami Rockstar Games, tym razem gatunku western. W przyszłym roku, w kwietniu wychodzi Red Dead Redemption. Zapowiada się na wielki hicior, chociaż tylko na konsole. Akcja There Will Be Blood rozgrywa się w podobnym czasie, czyli na przełomie XIX i XX wieku, m.in. w Teksasie, w Nowym Meksyku czy Kalifornii. Opowiada o początkach wydobycia ropy i szczęściarzach, którzy upatrywali w tym swojej przyszłości. Jednym z nich jest Daniel Plainview (Daniel Day-Lewis), przebiegły chciwiec skupujący ziemię pod wydobycie na niewinną buźkę swojego dzieciaka.


Po kilkunastu latach Plainview dorabia się całkiem pokaźnej grupy wież wydobywczych w całych Stanach i osiada na dłużej w małej wiosce Little Boston. Rządy sprawuje tam niepodzielnie samozwańczy i równie chciwy kaznodzieja Kościoła Trzeciego Objawienia - Eli Sunday. Daniel i Eli nie przepadają za sobą, ale muszą się tolerować ze względu na obustronne korzyści z tego faktu wynikające. Ludzie idą za "pasterzem", a Plainview daje pracę, która ich tu trzyma. Aż poleje się krew to mieszanina akcentów rodzinnych, religijnych i historycznych, zmieszanych z opowieścią o chorobliwej chciwości, która sprowadza człowieka na dno. Mieszanina tragiczna, tak też się kończąca. Piękna sceneria i niesamowita przemiana oskarowego Day-Lewisa. 4,5.

* * * *

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Requiem for a Dream

I jeszcze jeden klasyk. Requiem for a Dream (Requiem dla snu) to historia czterech osób: Harry'ego, jego matki Sary, dziewczyny Marion i przyjaciela Tyrone'a. Wszyscy poza Sarą, uzależnioną od telewizji, są narkomanami. Film pokazuje jak uzależnienia ich wszystkich pogłębiają się z biegiem czasu i co w ostateczności mogą zrobić ze swoimi "nosicielami". Sara pewnego dnia otrzymuje telefonicznie informację o tym, że została wylosowana do jednego z programów TV. Kobieta postanawia wcisnąć się w czerwoną sukienkę, w której ostatnio była widziana na maturze syna. Okazuje się jednak, że przybyło jej kilka kilogramów, których postanawia się szybko pozbyć. Kiedy dieta nie przynosi oczekiwanych efektów, Sara decyduje się na kurację farmakologiczną. Zaczyna żyć tylko na pigułkach, co przeradza się w kolejne uzależnienie, a w końcu w chorobę psychiczną.


W tym czasie Harry i Tyrone postanawiają rozkręcić własny biznes. Z ćpania przerzucają się na dilerkę... i ćpanie. Interes się kręci, pieniędzy przybywa, Harry kupuje matce nowy telewizor, a sam sięga po coraz silniejszy towar. Wkrótce w mieście wybucha wojna między włoskimi i czarnymi dostawcami narkotyków. Przez kilkanaście dni na ulicy brakuje dilerów. Mocno już w tym czasie uzależniona trójka głównych bohaterów napotyka poważne trudności. Brakuje towaru nie tylko na sprzedaż, ale też na własny użytek. Harry i Tyrone wyruszają na Florydę, gdzie handlarze rzekomo ukryli ładunek. Po drodze, w ranę Harry'ego, spowodowaną zażywaniem heroiny, wdaje się infekcja. W szpitalu lekarze amputują rękę i wzywają policję, która aresztuje Tyrone i skazuje na roboty. Marion, która nie daje sobie już rady w Nowym Jorku, decyduje się na wizytę o lokalnego bossa narkotykowego sprzedającego prochy dziewczynom w zamian za usługi seksualne.

Requiem dla snu jest dość długie, ale za to takie do bólu prawdziwe. Szokująca przemiana głównych bohaterów jest jednak bardzo pouczająca i całość spełniła chyba założenia reżysera. A Sara i tak nie dostała się do programu. 4,6.

* * * * *

Irreversible

Irreversible, nie jest to film nowy i na dodatek nie jest to film typowy. Co w ogóle znaczy typowy? No na pewno nie taki, w którym poszczególne sceny puszczane są od tyłu, tzn. ich kolejność jest... odwrotna :) Nieodwracalne to historia pary, którą spotyka tragedia. Ona - Alex (Monica Belucci), On - Marcus i Ich przyjaciel, a eks Alex, Pier są na imprezie. Marcus zupełnie odlatuje pod wpływem środków odurzających. Pier zostaje, aby się nim zaopiekować, a Alex samotnie wraca do domu. Zostaje napadnięta w przejściu podziemnym, zgwałcona i bardzo (patrz post wcześniej) brutalnie pobita. Scena gwałtu jest w tym filmie jedną z dwóch najmocniejszych, reżyser pokazuje wszystko bez cięć. W sumie zacząłem już nawet przysypiać, bo trochę to trwa, a akcja jest dość... monotonna. Po wyjściu z imprezy kilkanaście minut później, Marcus postanawia odnaleźć napastnika.


Swoją pomoc, za drobną opłatą, oferuje mu dwóch lokalnych rzezimieszków. Znajdują oni dokumenty zwyrodnialca i proponują Marcusowi odsprzedaż oraz znalezienie właściciela. Trop prowadzi do paryskiego klubu dla gejów Rectum. Marcus namierza tam swój cel, jednak jest zbyt osłabiony, by wymierzyć sprawiedliwość samodzielnie. Wyręcza go niepozorny Pier. I tutaj ma właśnie miejsce druga mocna scena, o szczegółach której nie będę opowiadał. Powiem tylko, że ma dość silny związek z pewną gaśnicą.

Opowiedziałem wszystko plus minus we właściwej kolejności. Jak wspomniałem na początku, film przedstawia te sceny od końca. Całość wydaje się być kręcona jak jakaś niskobudżetówka, ale ostatecznie stanowi naprawdę porządną produkcję. Z początku tylko trochę denerwuje celowo odwrócona pod kątem kamera, ale może to i lepiej. Przecież kogo interesują perypetie bywalców Rectum ;> Ogląda się szybko, acz z zaciekawieniem. 4,5!

* * * *

The Last House on the Left

The Last House on the Left - długi tytuł. Ostatni dom po lewej to remake filmu pod tym samym tytułem, zrobionego w 1972 roku. I to remake udany, z czym nie mamy do czynienia zbyt często. Obraz promowany hasłem "Jeśli źli ludzie skrzywdzą kogoś kogo kochasz, jak daleko posuniesz się by się zemścić?" jest mroczny, brutalny i trzyma w napięciu do końca. Szczerze mówiąc, póki nie obejrzałem Irreversible, o którym napiszę w kolejnym poście, myślałem że przedstawiona tutaj leśna scena gwałtu jest brutalna. No, ale o tym nie teraz.

Mari, uzdolniona, młoda pływaczka, przyjeżdża razem z rodzicami na wakacje, do domku letniskowego nad jeziorem. Przyjeżdżają tu już od wielu lat, ale tym razem wakacje zapamiętają na długo. Pierwszego dnia Mari odwiedza starą przyjaciółkę Paige. Pracuje ona w miejscowym sklepie. Tam też dziewczyny poznają Justina, który zaprasza je do siebie na wypróbowania "naprawdę świetnego towaru". W czasie degustacji do motelowego pokoju wraca ojciec Justina, jego wujek i ich towarzyszka. Tak się składa, że kilka godzin wcześniej tatuś dał nogę z transportu więziennego, w czym pomogła mu dwójka jego oddanych przyjaciół. Szalona rodzinka porywa Mari i Paige. Dziewczyny próbują w międzyczasie dać nogę, jednak kończy się to tragicznie.


Paige zostaje zadźgana, a Mari brutalnie pobita i zgwałcona. W końcu udaje jej się jednak ucieczka w czasie której na dodatek zostaje postrzelona. Płynąc wpław przez jezioro (powoli, jak na postrzeloną przystało) Mari dociera do swojego domu, w którym kilka godzin wcześniej schronili się przed burzą napastnicy. W tym czasie śpią już oni w domku dla gości. Justin, który od początku gorzko żałował tego, że sprowadził na swoje nowe przyjaciółki tak okrutny los, potajemnie wsypuje bandziorów przed gospodarzami, a Ci z kolei postanawiają się zemścić, i to w dość okrutny sposób.

Jest mocno, brutalnie i momentami krwawo. Film ogląda się przyjemnie, bez nudy i czasem można odnieść nawet wrażenie, że to horror, nie thriller/dramat. Dodatkowym atutem jest genialna ścieżka dźwiękowa, autorstwa jednego z moich ulubionych kompozytorów, Johna Murphy'ego. Polecam :) Cztery i pół.

* * * *

Inglorious Basterds

Inglorious Basterds to jeden z tych filmów, na które czekałem, a jak już pojawił się w kinach to zapomniałem :p Ale teraz wyszedł na DVD i żałuję... Żałuję, że jednak nie byłem w kinie. Kolejny film Tarantino i kolejny, po obejrzeniu którego bez najmniejszych zastrzeżeń wystawiam pięć gwiazdek. A wszystko to takie proste.

II Wojna Światowa, okupowana przez hitlerowskie Niemcy Francja. Bękarty Wojny, bo tak film się po polsku zwie, opowiadają historię grupy alianckich żołnierzy narodowości amerykańsko-żydowskiej, pod dowództwem porucznika Aldo Raine'a (Brad Pitt), wybranych do zostania "psami na nazistów". Każdy z "psów" zobowiązany był do dostarczenia swemu dowódcy stu nazistowskich skalpów. Oczywiście oddział utworzony został nieoficjalnie i miał charakter czysto partyzancki. Mało któremu naziście, który już wszedł im w drogę udało się wyjść z tego spotkania żywemu, ale jeśli już się udało, to Bękarty miały w zwyczaju wycinać takiemu osobnikowi na czole swastykę, coby ludzie wiedzieli w przyszłości z kim mają do czynienia. Ten krótki opis powinien wystarczyć za rekomendację, jednak film jest nieco ambitniejszy i nie opiera się w całości tylko na tych "bestialskich" praktykach. Wręcz przeciwnie, takich egzekucji nie widać na ekranie zbyt często. Raz? Dwa?


Dużo ważniejszy jest wątek opowiadający historię zgładzenia hitlerowskich grubych ryb w czasie bardzo wyjątkowego wieczoru. Przy okazji zaplącze się tam też sam Führer, ale nie będę wszystkiego opowiadał, lepiej samemu obejrzeć.

Inglorious Basterds to oczywiście historia fikcyjna, ale po obejrzeniu wszystkiego trochę szkoda mi się zrobiło, że nie miała odzwierciedlenia w rzeczywistości. Ekipa Bękartów byłaby według mnie całkiem uczciwym wynagrodzeniem w stosunku do każdego nazisty za to co uczynił, czy chociażby za samą próbę identyfikowania się z tą filozofią. A film? Trzeba obejrzeć i gwiazdka. Pięć.

* * * * *

Dom Zły

Pisałem kilka postów wcześniej o Galeriankach, które okazały się niezłym jak na polskie realia kawałkiem kina. Teraz napiszę coś o innej produkcji, która napawa mnie nadzieją, że "Nasze polskie" może być jeszcze dobre (czyt. kojarzone nie tylko z komediami dla mas). Dom Zły to kolejny film, który wyszedł od reżysera, którego nazwisko wcześniej było mi zupełnie obce. I w sumie się nie dziwię (po sprawdzeniu profilu na Filmwebie), z takimi serialowymi osiągnięciami jak BrzydUla (blee) czy Na Wspólnej, to nic dziwnego. A tu proszę, Dom Zły okazuje się bardzo dobry. Historia to trochę przewrotna. Komunistyczną zimę w Polsce mamy. Wszystko kręci się jeszcze całkiem nieźle, ludowi żyje się dostatnie, wszyscy kombinują jak mogą - złote czasy.


Uwagę skupiamy na postaci niejakiego Środonia, zootechnika pracującego w jednym z PGRów. Pewnego dnia jego żona dość nagle umiera, ot tak upada i już nie wstaje. Środoń (Arkadiusz Jakubik) załamuje się, popada w alkoholizm, ale szybko zaczyna rozumieć, że musi żyć dalej. Ale już nie tu. W prasie znajduje ogłoszenie w sam raz dla siebie i przeprowadza się na drugi koniec Polski. W dniu, w którym przyjeżdża panuje straszna burza. Środoń znajduje schronienie w pobliskim domu Dziabasa (Marian Dziędziel) i jego żony (Kinga Preis). Z początku domownicy nieufni wobec przybysza, szybko zaczynają okazywać typowo polską, suto zakrapianą gościnność. Środoń i Dziabas wpadają na genialny pomysł bimbrowego interesu, który ma im przynieść ogromne zyski. Dziabas wykłada pieniądze, które odkładał na Poloneza dla swojego syna marnotrawnego, a Środoń proponuje własne oszczędności, które miały pozwolić mu rozpocząć nowe życie w nowym miejscu. Gdy przychodzi noc i wszyscy śpią, Dziabas nieoczekiwanie zmienia swoje plany. Zaczyna się polowanie.

W filmie występuje też drugi wątek, którego wydarzenia toczą się kilka miesięcy później. Środoń aresztowany przez Milicję zostaje przywieziony na wizję lokalną. Poza zeznaniami podejrzanego pokazywane są jednak również osobiste perypetie funkcjonariuszy i patologie życia w PRL jakie były wówczas na porządku dziennym. Naprawdę warto obejrzeć. 4,8 gwiazdki :)

* * * * *

2012

O 2012 słyszał chyba każdy. Jeśli nie wcześniej to przynajmniej przed premierą filmu w tym roku. Ja interesuję się tematem od dłuższego czasu i od kiedy dowiedziałem się, że Roland Emmerich (reżyser m.in. Pojutrze, które mi się podobało) bierze się za temat końca ostatecznego, obiecałem sobie, że na ten film muszę wybrać się do kina koniecznie. Tak też zrobiłem. Różne produkcje można oglądać w domowym zaciszu, ale nie tak spektakularne filmy katastroficzne. Ten ogrom, ten huk - tylko w kinie, szczególnie kiedy ziemia dosłownie wali nam się pod nogami.


Jak już wspomniałem wyżej 2012 podejmuje temat końca świata, serii ogromnych i na niespotykaną do tej pory skalę kataklizmów naturalnych, mających ostatecznie "zresetować" życie na Ziemi. Wszystko zostało przepowiedziane rzekomo już przez starożytnych Majów i zapisane w hieroglifach, jednak my (współczesna cywilizacja) jak zwykle nie uwierzyliśmy i olaliśmy sprawę. Dopiero kiedy naukowcy obserwują niezwykłe anomalie na poziomie atomów, coś się rusza. Jest już jednak za późno.

Wątek fabularny schodzi w filmach takich jak ten na drugi plan, bowiem i tak wszyscy oglądamy takie rzeczy tylko dla samej przyjemności zobaczenia wielkiej rozwałki na ekranie. W 2012 nie jest inaczej - mało wiarygodna historyjka podrzędnego amerykańskiego pisarza (John Cusack), któremu posypała się rodzina i któremu udaje się ją ostatecznie upchnąć (jakimś cudem) na jedną z kilku "arek zbawienia". Z drugiej strony scenarzyści całkiem udolnie próbują wycisnąć z widza fontannę łez, ukazując dramaty ludzkie, przeżywane w chwili gdy zdajemy sobie sprawę, że pewnie już nigdy nie zobaczymy kogoś na kim bardzo nam zależy. Efekty specjalne i animacje przednie. Dwie i pół godziny to za długo, ale i tak polecam obraz. Obraz. 4,5.

* * * *

niedziela, 27 grudnia 2009

Observe and Report

Observe and Report (Złap, zakapuj, zabłyśnij, sic, sic, sic!) obejrzałem ze względu na Raya Liottę. Jakoś tak mnie naszło kiedy przypomniałem sobie, że dawno nie widziałem żadnego filmu z nim. ZZZ to kolejna komedia z cyklu "takie głupie, że aż śmieszne". A przynajmniej takie opinie o niej krążą. Trzeba było to sprawdzić ;) Film opowiada historię Ronniego (Seth Rogen), szefa ochrony (podkreślam, szefa - to dla niego ważne, bardzo!). Ronnie całymi dniami przechadza się po galerii handlowej eksponując dumnie swoją wielką... pałę, zerkając ukradkiem na "najpiękniejszą w centrum dziewczynę z kosmetycznego" i korzystając z darmowej kawy. Czasami też użera się natrętnymi klientami. Najbardziej jednak marzy o zamianie latarki na pistolet i policyjną blachę.


Szansę na spełnienie swoich marzeń dostrzega w dniu, gdy bezbronnych klientów "jego" centrum handlowego zaczyna napastować bliżej niezidentyfikowany ekshibicjonista. Miarka przebiera się w momencie, gdy zboczeniec terroryzuje obiekt westchnień Ronniego. Wtedy jednak do sprawy przydzielony zostaje detektyw Harrison (właśnie Liotta). Między samcami rozpoczyna się wojna na kompetencje i wyścig o to kto pierwszy pochwyci przestępcę. Na dodatek Ronnie postanawia udowodnić Harrisonowi, że ma zadatki na prawdziwego, bohaterskiego glinę i składa podanie do akademii policyjnej...

Observe and Report jak na komedię przystało ma do zaoferowania trochę zabawnych scen i dialogów. Ponadto wyśmiewa amerykańskie zamiłowanie do broni i centrów handlowych. Może nie popłakałem się ze śmiechu, ale całkiem zmarnowane półtora godziny też to nie było. 3,666.

* * * *

sobota, 26 grudnia 2009

Galerianki

Obejrzałem ostatnio trochę filmów, zaległości w pisaniu mi się narobiło, czas więc je nadgonić. Zacznę od Galerianek. Jeden z ciekawszych w tym roku polskich filmów, opowiadający historię grupy gimnazjalistek, dorabiających po godzinach na włóczeniu się po galeriach handlowych i szukaniu sponsorów. Gdy w klasie pojawia się "nowa", Alicja, dziewczyna nie ma przyjaciół. Wkrótce zdaje sobie sprawę, że najszybszym sposobem na zdobycie akceptacji rówieśników będzie dołączenie do paczki Mileny. Mimo, że nie zagwarantuje to nowych przyjaźni, Alicję przekonuje fakt, że z jej nowymi koleżankami nikt nie ma odwagi zadrzeć i że jest to jakiś sposób na osiągnięcie pewnego statusu oraz niezależności. Wejście w grupę nie jest jednak łatwe. Aby się przypodobać, Alicja musi stać się jedną z nich do samego końca.


"Praca" galerianki okazuje się jednak nie być takim łatwym kawałkiem chleba jak mogło się na początku wydawać. Trudny "pierwszy raz" i niewielkie korzyści powoli zaczynają zniechęcać bohaterkę. Do tego dochodzi samobójcza śmierć nieszczęśliwie zakochanego w Alicji kolegi. Czy warto aż tak się poświęcać dla nowego telefonu i kilku ciuchów?

Produkcję Katarzyny Rosłaniec polecam szczególnie rodzicom, coby po seansie mogli się zastanowić co ich córy wyczyniają, gdy oni nie patrzą. Inna sprawa, że rodzice tych konkretnych dziewczynek pewnie filmu nie zobaczą ;) W każdym razie warto obejrzeć. Solidny, polski obraz, jakich ostatnio niewiele. Zachęcam i daję mocną "czwórę".

* * * *

niedziela, 29 listopada 2009

Cidade de Deus

Motywu inspiracji Brazylią ciąg dalszy. Wczorajszy wieczór spędziłem w Cidade de Deus (Miasto Boga). Film ten podobnie jak Elitarni opowiada historię mieszkańców faweli Rio de Janeiro. Wszystko kręci się wokół młodych grup przestępczych terroryzujących mieszkańców i jednego chłopaka - Kapiszona - marzącego o pracy fotoreportera, co pomogłoby mu w wyrwaniu się z dosłownie piekielnej rzeczywistości.

Na początku filmu pojawia się kilka przeskoków w przeszłość, pokazujących brutalne i krwawe początki bandytów, którzy później opanowali dzielnicę - tytułowe Miasto Boga. Tak poznajemy dzieciaka o przezwisku Kostka (później znany jako Mały Ze) i jego kumpla Bene. Po kilkunastu latach bezwzględnie wyżynają oni prawie wszystkich najważniejszych gangsterów i przejmują kontrolę nad ich narkotykowymi biznesami. Przy życiu pozostawiają tylko Marchewę, który w zamian decyduje się pracować dla duetu. Przez pewien czas wszystko idzie gładko. Interes kwitnie, wojny gangów ustają (bo i nie ma przeciwnych obozów), a mieszkańcy uzależniają się na dobre od dragów. Nic co "piękne" nie trwa jednak wiecznie. Między Małym Ze i Marchewą powoli narasta konflikt. Gdy ginie Bene, który hamował zapędy Ze, Marchewa postanawia uprzedzić atak na swój teren i decyduje się usunąć przeciwnika. Wybucha nowa wojna gangów.


Tymczasem Kapiszon dzięki zdjęciom Małego Ze dostaje się do redakcji lokalnej gazety, gdzie ma nadzieję rozpocząć karierę prawdziwego fotoreportera. W końcu dochodzi do decydującego starcia pomiędzy Ze i Marchewą. Obaj zostają pojmani przez policję, jednak skorumpowani funkcjonariusze wypuszczają Ze. Kapiszon obserwuje całe zajście i robi zdjęcia. Po odejściu policjantów Małego Ze dopada i zabija banda zbuntowanych dzieciaków. Fotki z zajścia trafiają do prasy.

Szczerze mówiąc, przed obejrzeniem filmu myślałem, że będę miał do czynienia z czymś w rodzaju dokumentu, jednak pozytywnie się rozczarowałem. Co prawda obraz jest oparty na faktach jednak przedstawia je w bardzo ciekawy i widowiskowy sposób. Niezwykła brutalność i przekonująca gra aktorów (również tych najmłodszych) zrobiły swoje - nie mogłem oderwać oczu od ekranu. Szczególnie mocne były sceny zabójstw w wykonaniu - co tu kryć - dzieci. Ich obojętność w chwili odbierania innym życia była przerażająco przekonująca. Całość trwa bite dwie godziny, ale są one dobrze wypełnione fabułą i nie miałem ani chwili żeby ziewnąć ;) Szczerze polecam. Absolutnie jeden z najlepszych filmów jakie widziałem. Daję 4,8.

* * * * *

piątek, 13 listopada 2009

Tropa de Elite

Już dawno miałem obejrzeć ten film, ale dopiero jakiś czas temu znalazłem chwilę czasu i chęć na nadrobienie zaległości. Co mnie zmobilizowało? Inspiracja :) Bo m.in. ta właśnie produkcja zainspirowała ekipę Rockstar Vancouver, do przeniesienia trzeciego Maksa Payne'a z Nowego Jorku do Sao Paulo. Ale do rzeczy. Tropa de Elite (Elitarni, czy też The Elite Squad) opowiada historię dowódcy BOPE - elitarnej wojskowej grupy zadaniowej policji Rio de Janeiro do walki z przestępczością zorganizowaną. Wbrew temu co pokazuje telewizja, Rio nie jest tylko tętniącym życiem miastem, w którym karnawał trwa cały rok. W slumsach Rio, gdzie gangsterzy nie boją się w biały dzień otworzyć ognia w kierunku stróżów prawa, każdego dnia krew leje się strumieniami.


I właśnie tam, gdzie zwykła policja nie daje rady, wysyłana jest ekipa BOPE. Z tymi ludźmi nie ma żartów. Aby przeżyć muszą być równie bezwzględni jak ich przeciwnicy. Gdy nadejdzie pora nie zawahają się pociągnąć za spust. Wszyscy o tym wiedzą i wiedzą też co oznacza trupia czaszka będąca symbolem BOPE.

Akcja filmu toczy się w roku 1997, kiedy to do Brazylii przylatuje Jan Paweł II. BOPE dowodzi w tym czasie kapitan Nascimento. Jego przełożony nakazuje oczyścić z dilerów narkotykowych dzielnicę, w której Papież chce się zatrzymać. Nascimento zaczyna natomiast powoli myśleć o odejściu z jednostki. Jest zmęczony pracą, a jego żona będąca w ciąży naciska na niego coraz bardziej. Najpierw musi jednak znaleźć godnego siebie następcę. Tymczasem do policji wstępuje dwóch przyjaciół: Neto i Matias. Obaj są pełni zapału i chęci do służby, jednak na co dzień stykają się tylko z korupcją i biurokracją. W końcu dostrzega ich Nascimento.

Elitarni wyciągają na wierzch brudy Rio i pokazują prawdę o życiu w brazylijskich fawelach. Bardzo dobrze oddana została codzienność miasta: walka o przetrwanie zwykłych ubogich mieszkańców, terroryzujących ich przestępców, skorumpowanej policji wyciągającej haracze za "ochronę" od uczciwych handlarzy, czy w końcu funkcjonariuszy BOPE - ich życie i pracę. Świetne zdjęcia i idealnie dobrani aktorzy, którzy tak wczuli się w swoje role, że momentami czułem się jakbym oglądał reportaż. Dobrze jednak wiedzieć, że nie wszystko zostało przez scenarzystów oparte na faktach, bo patrząc na policję Rio już zaczynałem postrzegać ekipę BOPE jako ostatnich sprawiedliwych. Dobre kino, dużo akcji, genialny klimat. Daję 4 i pół.

W najbliższym czasie spróbuję obejrzeć sobie jeszcze "Miasto Boga" tego samego reżysera. Podobne klimaty i znowu ta inspiracja ;)

* * * *

czwartek, 1 października 2009

9

Krótszego tytułu posta na tym blogu już nie będzie, bo i krótszego tytułu dla filmu wymyślić się nie dało :) 9 (9, omg!) to bajka/animacja jednak o tyle intrygującej i mnie kręcącej tematyce, że postanowiłem obejrzeć. Ostatecznie nie jestem zachwycony, bo ani nie mogłem w pełni nacieszyć oka piękną grafiką 3D (cam :<), ani nie było to jakieś szczególnie długie - tylko 70 minut.


Ale nie będę się znęcał nad twórcami, bo to nie ich wina, że nie widziałem ich dzieła w pełnej krasie, a to chyba podstawa jeśli chodzi o animacje. Powiem jednak co nieco o przesłaniu filmu, gdyż jest to kolejny obok grafiki ważny aspekt tej produkcji. Opowiedziana tu historia po raz kolejny wykorzystuje kwestie podjęte przez Matriksa - ślepy pęd ludzkości do stworzenia sztucznej inteligencji, która potem... buntuje się i próbuje unicestwić swoich stwórców. Wybitny naukowiec, którego mamy okazję oglądać już na początku filmu, tworzy pierwszą na świecie maszynę na tyle rozumną, że jest ona w stanie samodzielnie się reprodukować. Wkrótce niekontrolowane klony zalewają świat i niszczą ludzkość. W ostatniej chwili naukowiec przekazuje iskrę życia dziewięciu szmacianym laleczkom, aby one kontynuowały "życie" na Ziemi. Nie wiem jednak co autorzy filmu chcieli przekazać widzowi najbardziej, bowiem walkę z maszynami wydaje się nieco przesłaniać heroiczna walka tytułowego 9 o życie kompanów w niedoli. Z drugiej strony opowieść pokazuje, że zawsze warto walczyć do końca, i że ta walka ramię w ramię zamiast osobno jest łatwiejsza. Ode mnie "czwórka z minusem".

* * * *

poniedziałek, 28 września 2009

Public Enemies

Do obejrzenia Public Enemies (Wrogowie Publiczni) zabierałem się długo. Teraz już wiem dlaczego. Mimo, że film należy do gatunku gangsterskiego, za którym wręcz przepadam, to jednak nie przypadł mi do gustu. Dlaczego? A bo ja to wiem? To chyba pierwszy w ogóle od bardzo długiego czasu, który oglądałem na raty. Po pierwszej połowie zmęczenie wygrało, ale to nie przez nie. Wydaje mi się, że gdyby film potrafił przykuć moją uwagę, obejrzałbym go do końca. Tak się jednak nie stało. W zasadzie od samego początku nie bardzo wiedziałem o co tam chodzi. Ot, jest jakaś grupa gangsterów, podobno nawet groźnych. Napadają na banki, są nieuchwytni (oczywiście dzięki odpowiednim wpływom w organach ścigania) i w końcu siada na nich FBI.


Postacie może i fajne (w tym John Dillinger grany przez Deppa), miejsce i czas akcji też OK. Myślałem, że po prostu może nie przepadam za oldschoolową gangsterką, ale przecież American Gangster mi się bardzo podobał :/ Chociaż to było trochę później... Widocznie to ta granica ;) Od strony fabularnej nawet nie mam za bardzo o czym opowiadać - w zasadzie nie załapałem co miał na myśli reżyser. Całość bardziej niż jak film akcji, odebrałem jak film biograficzny, którego to gatunku pasjonatem również nie jestem. No cóż. Słabiutko.

* * *

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

The Taking of Pelham 1 2 3

Do oglądania The Taking of Pelham 1 2 3 (Metro strachu, sic-again!) zabrałem się spontanicznie. Miałem zobaczyć sobie Elitarnych (którymi to rzekomo inspirowali się twórcy gry Max Payne 3) jednak odpuściłem o wrzuciłem na ruszt ostatnią pracę Tony'ego Scotta. Film opowiada historię porwania pociągu nowojorskiego metra linii Pelham 123 (czy tam 1 2 3 - do teraz nie wiem). Pomysł wydawał się ciekawy, mimo że to tylko remake. W końcu najczęściej porywa się ludzi i gdzieś ich przetrzymuje, można też wejść do banku, ewentualnie uprowadzić samolot - ale metro? Jak się chce to się potrafi i wcale nie trzeba być Polakiem ;) Fabuła też jest prosta jak budowa cepa. Były makler giełdowy, przedstawiający się jako Ryder (John Travolta), który odsiedział kilka lat w kiciu za defraudację miejskich funduszy, wraca żeby się zemścić. Kompletuje czteroosobową ekipę, w tym jednego z byłych pracowników metra (swoją drogą również usuniętego niegdyś z pracy) i rusza na wojnę z miastem, które go "skrzywdziło". Porywa wagon metra z 19 pasażerami na pokładzie, żądając za ich życie 10 milionów dolarów. Władze Nowego Jorku (w roli burmistrza James Gandolfini) mają na zebranie pieniędzy jedną godzinę, w przeciwnym wypadku za każdą minutę spóźnienia zginie jedna osoba. W czasie, w którym dochodzi do porwania pociągu, w dyspozytorni pracuje Walter Garber (Denzel Washington). Jest on jedyną osobą, z którą Ryder chce rozmawiać w trakcie akcji. Garber również został "skrzywdzony", gdy po rzekomym przyjęciu łapówki zdegradowano go ze stanowiska kierowniczego do roli dyspozytora. Gdy porywacz odkrywa ten fakt utwierdza się w przekonaniu o słuszności swoich działań i próbuje wciągnąć Waltera do gry.


Film jest przeciętny, chociaż nienajgorszy. Nie trzyma niestety w napięciu. Niektóre sceny są też mocno naciągane, jak choćby przejazd konwoju z pieniędzmi przez miasto. No ja rozumiem, że Nowy Jork jest ciasny, a policja jednak ma możliwość utorowania sobie drogi (sterowanie sygnalizacją i te sprawy), ale wspomniana sekwencja wyglądała bardziej jak... droga przez mękę. Niewiarygodne, że akurat tyle kolizji musiało w tym czasie wystąpić. Ale OK, to kino akcji ;p Strasznie banalny okazał się też plan ucieczki w metra. Tak banalny, że ostatecznie się nie udał. Na pochwałę moim zdaniem zasługują jednak kreacje postaci. Porywczy Ryder zagrany przez Travoltę był całkiem wiarygodny. Wygląd, determinacja i podejście do sprawy malowały na jego obliczu szalone "ja nie żartuję". Wreszcie jakiś psychol, który trzyma się planu. Jak powiedział, tak zrobił. Gdybym nie wiedział kto gra w filmie pewnie w ogóle bym nie dojrzał tam Denzela Washingtona. Facet dobrze ukrył się za maską dyspozytora, typowej głowy rodziny, prostego człowieka, któremu wydawało się brakować wrażeń w życiu. Może dlatego wziął kiedyś w łapę? Może dlatego tak angażował się w sprawę porwania? Może dlatego chwycił w końcu gnata i postanowił ścigać Rydera? Nieco mniejszą rolę zagrał James Gandolfini. Jako burmistrz Nowego Jorku był bardzo przekonywujący. Dwulicowy gość grający trochę pod publiczkę (jak to politycy), ale też obojętny. Z drugiej strony człowiek z własnymi problemami, które nie dają mu spokoju nawet w takiej sytuacji jak ta. Ogólnie film nie jest ani genialny, ani zupełnie słaby. Jest na 3+. Tony Scott miał do wykorzystania ciekawą historię, dobrą obsadę, jednak nie zrobił z tego użytku. Jeśli w kinie nie będzie nic ciekawszego to można obejrzeć.

* * *

czwartek, 20 sierpnia 2009

The IT Crowd

W poniedziałek skończyłem oglądać kolejny ciekawy serial. Obiecałem sobie w wakacje zrobić przerwę w oglądaniu jakichkolwiek tasiemców, ale brytyjski The IT Crowd (Technicy-Magicy, sic!) jest tak krótki, że postanowiłem zrobić wyjątek. Nie wiem w ogóle czy coś tak strasznie krótkiego można nazwać serialem. Może to bardziej sitcom? Całość ma trzy sezony - wow! - każdy po sześć odcinków, każdy po ~20 minut... Nie jest to więc jak widać jakiś straszny pożeracz czasu, wręcz przeciwnie! Ogląda się bardzo przyjemnie o ile oczywiście śmieszą kogoś przerysowane sceny z życia "informatyków". Napisałem to w cudzysłowie, bowiem ukazani w filmie goście to stereotypowi przedstawiciele gatunku i nie chciałbym, aby wszytkich z IT tak postrzegano ;) No więc o co tam dokładnie chodzi? Akcja filmu toczy się w podziemiach - no dobra: w piwnicy - biurowca wielkiej korporacji Reynholm Industries, gdzie swoje... miejsce ma Dział Informatyki. Pracuje w nim dwóch geeków, jeden bardziej (Moss), drugi mniej (Roy) niedorozwinięty. W pierwszym odcinku do ekipy dołącza Jen, specjalistka ds. relacji, i obejmuje dowództwo w grupie. Mimo, że na informatyce zna się jak mało kto (reading emails, sending emails, deleting emails... clicking, double-clicking?) jej praca skupia się głównie na poprawie stosunków działu IT z resztą firmy. Jednak nie to jest najważniejsze. W serialu przewijają się jeszcze inne barwne postacie: Denholm Reynholm - prezes ekscentryk-sklerotyk, jego syn Douglas, tajemniczy Richmond i wielu innych bohaterów epizodycznych.


Każdy odcinek skupia się na oddzielnej historii. Wszystko jednak kręci się zawsze wokół kłopotów Mossa i wpadek Roya związanych z ich wyalienowaniem i nieprzystosowaniem do życia w społeczeństwie, problemów uczuciowych (i nie tylko) Jen oraz dziwactw Denholma, a później również Douglasa. W filmie poruszane są również aktualnie (przynajmniej w momencie pisania scenariusza) trendy i nowinki świata IT, np. motyw z portalem Friendface, parodiującym popularnego Facebooka i inne serwisy społecznościowe. Nie będę zbyt wiele zdradzał, bowiem lepiej jeśli każdy sam obejrzy. Dużo czasu to nie pochłania, a pomysły twórców są naprawdę mocne. Odcinków nie ma zbyt wielu, dzięki czemu wszystkie trzymają poziom. Gorąco polecam :) Kolejny sezon ma zostać wyemitowany w przyszłym roku. Oby nie był ostatni.

* * * * *

środa, 12 sierpnia 2009

House of Saddam

Pierwszy post na nowym blogu - jednym z dwóch nowych. Postanowiłem zrobić użytek z tego co przewija się od czasu do czasu przez moje oczy. W związku z tym na niniejszym blogu będę publikował ultra-krótkie recenzje (a może bardziej wrażenia z) obejrzanych filmów i seriali. Trochę się już tego widziało, jeszcze więcej się zobaczy, a i taka szybka opinia może komuś się przyda i również skłoni do obejrzenia (albo obejrzenia czegoś innego :D). Przy okazji polecam też drugi, siostrzany blog, na którym w podobnej konwencji będę pisał o grach. Miłej lektury, zaczynamy!

Na pierwszy ogień biorę Dom Saddama (House of Saddam), brytyjski mini-serial wyprodukowany przez BBC oraz HBO. Tasiemiec to nie jest i nawet dobrze, bo w czterech solidnych, jednogodzinnych odcinkach pokazuje tylko to co ma pokazać, bez dorabiania zbędnych historyjek. Dzięki temu ani przez moment nie poczułem, że się nudzę :) Jak można wywnioskowaź po tytule, film opowiada historię Saddama Husajna, a konkretniej historię jego rządów. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy przyszły dyktator rozpoczyna rewolucję w Iraku, obala młody jeszcze, demokratyczny ustrój i przejmuje stanowisko prezydenta. Pierwszy odcinek skupia się na początkach - twórcy pokazują jak Saddam dochodzi do władzy, eliminuje przeciwników i zdobywa "miłość" rodaków. Później poruszane są również inne wątki: problemy w rodzinie, zdrady "zaufanych towarzyszy", zbrodnie reżimu, stosunki międzynarodowe.


Poza ciekawą fabułą mocną stroną serialu jest obsada. Genialny Igal Naor, twarz Husajna, inni aktorzy odgrywający role członków najbliższej rodziny, krewnych, przyjaciół - jakby zostali stworzeni do swoich ról. No i ten bliskowschodni akcent. Warto podkreślić, że twórcy serialu starali się przedstawić wszystko jak najbardziej obietywnie, dzięki czemu cała historia nie stanowi "pośmiertnego linczu" (buuu... jaki to Husajn był zły!). Poza oczywistymi okrucieństwem i przebiegłością dyktatora, pokazano go również jako kochającego i wyrozumiałego ojca, ceniącego wartości rodzinne (no, może poza małżeństwem). Nie będę się dalej w to zagłębiał, bo to nie miejsce, aby oceniać Saddama. Zrobicie to sami, po obejrzeniu filmu. Polecam.

* * * * *