poniedziałek, 24 sierpnia 2009

The Taking of Pelham 1 2 3

Do oglądania The Taking of Pelham 1 2 3 (Metro strachu, sic-again!) zabrałem się spontanicznie. Miałem zobaczyć sobie Elitarnych (którymi to rzekomo inspirowali się twórcy gry Max Payne 3) jednak odpuściłem o wrzuciłem na ruszt ostatnią pracę Tony'ego Scotta. Film opowiada historię porwania pociągu nowojorskiego metra linii Pelham 123 (czy tam 1 2 3 - do teraz nie wiem). Pomysł wydawał się ciekawy, mimo że to tylko remake. W końcu najczęściej porywa się ludzi i gdzieś ich przetrzymuje, można też wejść do banku, ewentualnie uprowadzić samolot - ale metro? Jak się chce to się potrafi i wcale nie trzeba być Polakiem ;) Fabuła też jest prosta jak budowa cepa. Były makler giełdowy, przedstawiający się jako Ryder (John Travolta), który odsiedział kilka lat w kiciu za defraudację miejskich funduszy, wraca żeby się zemścić. Kompletuje czteroosobową ekipę, w tym jednego z byłych pracowników metra (swoją drogą również usuniętego niegdyś z pracy) i rusza na wojnę z miastem, które go "skrzywdziło". Porywa wagon metra z 19 pasażerami na pokładzie, żądając za ich życie 10 milionów dolarów. Władze Nowego Jorku (w roli burmistrza James Gandolfini) mają na zebranie pieniędzy jedną godzinę, w przeciwnym wypadku za każdą minutę spóźnienia zginie jedna osoba. W czasie, w którym dochodzi do porwania pociągu, w dyspozytorni pracuje Walter Garber (Denzel Washington). Jest on jedyną osobą, z którą Ryder chce rozmawiać w trakcie akcji. Garber również został "skrzywdzony", gdy po rzekomym przyjęciu łapówki zdegradowano go ze stanowiska kierowniczego do roli dyspozytora. Gdy porywacz odkrywa ten fakt utwierdza się w przekonaniu o słuszności swoich działań i próbuje wciągnąć Waltera do gry.


Film jest przeciętny, chociaż nienajgorszy. Nie trzyma niestety w napięciu. Niektóre sceny są też mocno naciągane, jak choćby przejazd konwoju z pieniędzmi przez miasto. No ja rozumiem, że Nowy Jork jest ciasny, a policja jednak ma możliwość utorowania sobie drogi (sterowanie sygnalizacją i te sprawy), ale wspomniana sekwencja wyglądała bardziej jak... droga przez mękę. Niewiarygodne, że akurat tyle kolizji musiało w tym czasie wystąpić. Ale OK, to kino akcji ;p Strasznie banalny okazał się też plan ucieczki w metra. Tak banalny, że ostatecznie się nie udał. Na pochwałę moim zdaniem zasługują jednak kreacje postaci. Porywczy Ryder zagrany przez Travoltę był całkiem wiarygodny. Wygląd, determinacja i podejście do sprawy malowały na jego obliczu szalone "ja nie żartuję". Wreszcie jakiś psychol, który trzyma się planu. Jak powiedział, tak zrobił. Gdybym nie wiedział kto gra w filmie pewnie w ogóle bym nie dojrzał tam Denzela Washingtona. Facet dobrze ukrył się za maską dyspozytora, typowej głowy rodziny, prostego człowieka, któremu wydawało się brakować wrażeń w życiu. Może dlatego wziął kiedyś w łapę? Może dlatego tak angażował się w sprawę porwania? Może dlatego chwycił w końcu gnata i postanowił ścigać Rydera? Nieco mniejszą rolę zagrał James Gandolfini. Jako burmistrz Nowego Jorku był bardzo przekonywujący. Dwulicowy gość grający trochę pod publiczkę (jak to politycy), ale też obojętny. Z drugiej strony człowiek z własnymi problemami, które nie dają mu spokoju nawet w takiej sytuacji jak ta. Ogólnie film nie jest ani genialny, ani zupełnie słaby. Jest na 3+. Tony Scott miał do wykorzystania ciekawą historię, dobrą obsadę, jednak nie zrobił z tego użytku. Jeśli w kinie nie będzie nic ciekawszego to można obejrzeć.

* * *