
Film jest przeciętny, chociaż nienajgorszy. Nie trzyma niestety w napięciu. Niektóre sceny są też mocno naciągane, jak choćby przejazd konwoju z pieniędzmi przez miasto. No ja rozumiem, że Nowy Jork jest ciasny, a policja jednak ma możliwość utorowania sobie drogi (sterowanie sygnalizacją i te sprawy), ale wspomniana sekwencja wyglądała bardziej jak... droga przez mękę. Niewiarygodne, że akurat tyle kolizji musiało w tym czasie wystąpić. Ale OK, to kino akcji ;p Strasznie banalny okazał się też plan ucieczki w metra. Tak banalny, że ostatecznie się nie udał. Na pochwałę moim zdaniem zasługują jednak kreacje postaci. Porywczy Ryder zagrany przez Travoltę był całkiem wiarygodny. Wygląd, determinacja i podejście do sprawy malowały na jego obliczu szalone "ja nie żartuję". Wreszcie jakiś psychol, który trzyma się planu. Jak powiedział, tak zrobił. Gdybym nie wiedział kto gra w filmie pewnie w ogóle bym nie dojrzał tam Denzela Washingtona. Facet dobrze ukrył się za maską dyspozytora, typowej głowy rodziny, prostego człowieka, któremu wydawało się brakować wrażeń w życiu. Może dlatego wziął kiedyś w łapę? Może dlatego tak angażował się w sprawę porwania? Może dlatego chwycił w końcu gnata i postanowił ścigać Rydera? Nieco mniejszą rolę zagrał James Gandolfini. Jako burmistrz Nowego Jorku był bardzo przekonywujący. Dwulicowy gość grający trochę pod publiczkę (jak to politycy), ale też obojętny. Z drugiej strony człowiek z własnymi problemami, które nie dają mu spokoju nawet w takiej sytuacji jak ta. Ogólnie film nie jest ani genialny, ani zupełnie słaby. Jest na 3+. Tony Scott miał do wykorzystania ciekawą historię, dobrą obsadę, jednak nie zrobił z tego użytku. Jeśli w kinie nie będzie nic ciekawszego to można obejrzeć.
* * *

