
Jak już wspomniałem wyżej 2012 podejmuje temat końca świata, serii ogromnych i na niespotykaną do tej pory skalę kataklizmów naturalnych, mających ostatecznie "zresetować" życie na Ziemi. Wszystko zostało przepowiedziane rzekomo już przez starożytnych Majów i zapisane w hieroglifach, jednak my (współczesna cywilizacja) jak zwykle nie uwierzyliśmy i olaliśmy sprawę. Dopiero kiedy naukowcy obserwują niezwykłe anomalie na poziomie atomów, coś się rusza. Jest już jednak za późno.
Wątek fabularny schodzi w filmach takich jak ten na drugi plan, bowiem i tak wszyscy oglądamy takie rzeczy tylko dla samej przyjemności zobaczenia wielkiej rozwałki na ekranie. W 2012 nie jest inaczej - mało wiarygodna historyjka podrzędnego amerykańskiego pisarza (John Cusack), któremu posypała się rodzina i któremu udaje się ją ostatecznie upchnąć (jakimś cudem) na jedną z kilku "arek zbawienia". Z drugiej strony scenarzyści całkiem udolnie próbują wycisnąć z widza fontannę łez, ukazując dramaty ludzkie, przeżywane w chwili gdy zdajemy sobie sprawę, że pewnie już nigdy nie zobaczymy kogoś na kim bardzo nam zależy. Efekty specjalne i animacje przednie. Dwie i pół godziny to za długo, ale i tak polecam obraz. Obraz. 4,5.
* * * *