poniedziałek, 28 grudnia 2009

2012

O 2012 słyszał chyba każdy. Jeśli nie wcześniej to przynajmniej przed premierą filmu w tym roku. Ja interesuję się tematem od dłuższego czasu i od kiedy dowiedziałem się, że Roland Emmerich (reżyser m.in. Pojutrze, które mi się podobało) bierze się za temat końca ostatecznego, obiecałem sobie, że na ten film muszę wybrać się do kina koniecznie. Tak też zrobiłem. Różne produkcje można oglądać w domowym zaciszu, ale nie tak spektakularne filmy katastroficzne. Ten ogrom, ten huk - tylko w kinie, szczególnie kiedy ziemia dosłownie wali nam się pod nogami.


Jak już wspomniałem wyżej 2012 podejmuje temat końca świata, serii ogromnych i na niespotykaną do tej pory skalę kataklizmów naturalnych, mających ostatecznie "zresetować" życie na Ziemi. Wszystko zostało przepowiedziane rzekomo już przez starożytnych Majów i zapisane w hieroglifach, jednak my (współczesna cywilizacja) jak zwykle nie uwierzyliśmy i olaliśmy sprawę. Dopiero kiedy naukowcy obserwują niezwykłe anomalie na poziomie atomów, coś się rusza. Jest już jednak za późno.

Wątek fabularny schodzi w filmach takich jak ten na drugi plan, bowiem i tak wszyscy oglądamy takie rzeczy tylko dla samej przyjemności zobaczenia wielkiej rozwałki na ekranie. W 2012 nie jest inaczej - mało wiarygodna historyjka podrzędnego amerykańskiego pisarza (John Cusack), któremu posypała się rodzina i któremu udaje się ją ostatecznie upchnąć (jakimś cudem) na jedną z kilku "arek zbawienia". Z drugiej strony scenarzyści całkiem udolnie próbują wycisnąć z widza fontannę łez, ukazując dramaty ludzkie, przeżywane w chwili gdy zdajemy sobie sprawę, że pewnie już nigdy nie zobaczymy kogoś na kim bardzo nam zależy. Efekty specjalne i animacje przednie. Dwie i pół godziny to za długo, ale i tak polecam obraz. Obraz. 4,5.

* * * *